i znow ten czas w roku w ktorym ja uparcie odmawiam zabiegania sie. odmawiam urabiania lap po lokcie, zeby za wszelka cene wszystko blyszczalo, swiecilo i pachnialo ajaksem czy czymtam. odmawiam latania po sklepach z obledem w oczach i wykupywania wszystkiego jak leci, czy potrzebne czy nie, „bo taniej”! w nosie to mam.

…bo ja chce raz jeszcze przezyc to co przezywalam kiedys… spokoj przy zlobku, ukleknac czy usiasc i sie tak normalnie i zwyczajnie zapatrzyc… nie myslec o niczym tylko tak patrzec i patrzec… na tego Malenkiego Jezuska, ktory wcale nie mial lekko juz od urodzenia choc przeciez Bogiem Byl! i przeciez mogl Jego Ojciec trzasnac piorunem czy czyms, albo w wielkiej burzy zeslac nam Syna… a On wolal tak… tak zwyczajnie…
…i nawet chce sobie tam poplakac… bo dopoki sie placze to jeszcze czuje… jeszcze serce nie zatwardzialo jak to piernikowe ze zlego przepisu…
… a potem chce wstac, usmiechnac sie do Jezusa, Maryi i Jozefa… potem do Moich Kochanych – Corci, Synala, Meza ktorego uparcie Szczesciem nazywam :)… potem do wszystkich wokolo… i chce zeby tego ciepla i usmiechu mi nie zabraklo jeszcze przez dlugie dni…
i Wam tez tego, kochani zycze…