ja-serducho blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2004

*

5 komentarzy

zyjem. wczoraj po przebudzeniu wprawdzie moglam tylko charczec (wetkneli mnie do gardla rure do oddychania w trakcie operacji) dzisiaj juz spiewalam kolysanki Oliwce. zycie znowu zaczyna byc piekne – i choc ciagle nie moge jesc wielu rzeczy, jednak optymizmem mnie napawa mysl ze BEDE mogla jesc rozne roznosci. w niedalekiej zreszta przyszlosci. dzisiaj jeszcze ciagle sucharki… swoja droga – co tez takiego w tych sucharkach jest, ze w zsadzie to mnie nie obrzydly? na obiadek – ryz z warzywkami. rano jeszcze mialam nudnosci… polepszylo siem mnie to jednak z uplywem godzin…
i tylko nie moge przezyc tego ze nie moge podniesc i utulic placzacej Oliweczki… jeszcze przez kilka dni… niedlugo…

.

2 komentarzy

boje sie.
jeszcze 12 godzin…

czwartek…

1 komentarz

no i juz. w czwartek. i bedzie spokoj. najlepiej tak z zaskoczenia. nie ma czasu sie za mocno martwic. czwartek jest juz pojutrze. pojutrze pozbede sie tego swinstwa ktore nie daje mi normalnie funkcjonowac. no oczywiscie o kamieniach w woreczku zolciowym pisze. dzisiaj w nocy kolejny atak chcial przyjsc. jak zwykle – zrobilo mi sie upiornie zimno, dreszcze… o nie! – pomyslalam sobie – i poprosilam o „lekarstwo” z przepisu mojego taty. czyli o kieliszek wodki. najsmieszniejsze jest to ze… pomoglo. zasnelam martwym bykiem i spalam do ok 4:30. wtedy bowiem sie Oliwce zachcialo gadac.
w kazdym bardz razie – czwartek nalezy miec w szanownej pamieci i zmowic zdrowaske. dziekuje za uwage.

[no tak. napisalam notkeale nie dalam tytulu. i chala. nie wiem jak odzyskac to co napisalam. sprobuje odtworzyc.]

no tak. moja rozyczka z walentynkowej notki nie wzbudzila zadnego wiekszego zainteresowania. a szkoda. powinna. poniewaz byla zdobywana z trudem i poswieceniem. nie powiem narazeniem zycia bo to juz przesada.
otoz Moje Szczescie kochane, dowiedzialo sie w pracy bedac ze gdziestam rozdaja rozyczki. wybiegl wiec czym predzej, zjechal ze dwa pietra winda, po czym znalazl owego pana, ktory okazal sie byc portierem tegoz budynku. wybral sliczna rozyczke, zaniosl do swego biurka i otoczyl troskliwa opieka. nastepnie zawinal w reklamowke – jakoze mroz na zewnatrz panowal, i przewiozl pociagiem ok 40 km. po czym wreczyl mi ja – wczesniej z reklamowki odwinawszy. widac bylo po niej ze zmeczona wielce, ale zaraz ucielam koncowke, i wetknelam rozyczke do wazonu wypelnionego woda. dosypalam jeszcze lyzeczke cukru jakoze ktos kiedys mowil ze dobrze jest wsypac do wody z cietym kwieciem cukru (lub napoj gazowany slodzony) – dluzej sie wtedy trzyma…
niestety – wczoraj rozyczka dokonala zywota swojego i z bolem serca (mojego nie jej) w koszu na smieci wyladowala… czesc jej pamieci…

roza.JPG
aha!!!!

czasem mam tak ze czuje potrzebe pisania. tylko jak siadam nie wiem jeszcze o czym. wiec tytul powstanie na koncu. lub wcale.
jutro Walentynki. wbrew wszystkiemu – bardzo lubie ten dzien. i wcale nie ze to jest dzien na okazywanie uczuc, czy cosik w tym guscie. po prostu – lubie dawac prezenty Mojemu Szczesciu. i tyle. chociaz zawsze mam problem – a zwlaszcza z Walenynkami, bo ilez mozna dawac bokseri w serduszka? hihihi. pamietam jeszcze z czasow naszej rozlaki – pierwszy prezencik walentynkowy… jedno z moich marzen – medalion w ksztalcie serduszka, z moim i Jego zdjeciem w srodku… ech, nosilam go przez caly czas naszej rozlaki…
w tym roku prezencik jest calkowicie niewalentynkowy. ale nic to. mam nadzieje ze sie mu spodoba.
wczoraj kupilam tez Oliwce walentynkowe… skarpetuszki… hihihi. bialo czerwone. z napisem „kiss me”. prosze prosze – mozna mnie nazwac wariatka, wcale sie nie wypre.
jutro mam nadzieje nie marudzic i nie narzekac na stan mego zdrowia. mam nadzieje nie miec ataku w nocy – nie jem nic takiego, wiec moze sie uda? mam nadzieje ze pogoda bedzie sprzyjala jakiemus spacerkowi… wypadzik do kawiarenki odpada w przedbiegach, no ale moze chociaz gdziesik…
a Oliwka sprawuje sie nadwyraz dzielnie – wczoraj dalam jej pierwsza zupke – na kurzecym – za przeproszeniem – cycku ugotowalam kartofelki i marcheweczke. potem wyjelam wspomniany cycek i przecedzilam rosolek, po czym zmielilam w mikserze razem z kartofelkami i marcheweczkami. i co sie okazuje? ze tak zmielone na papke kartofelki som prosze panstwa zjadliwe! HA!

6

4 komentarzy

ano wlasnie. jejku kiedy to zlecialo? Oliwenka skonczyla wlasnie 6 miesiecy… bylismy u lekarza na badaniu kontrolnym :o) oto jej „wymiary” :
wzrost: ~70cm (nam w domu wyszlo 72, no ale nie bede sie czepiac!!!)
waga: 8100g (!!!przybylo 1.5 kg przez ostatnie 2 miesiace!)
obwod glowki: 45cm(lekarz mierzyl dwa razy bo mu cos za duze sie wydalo:) )
podsumowanie lekarskie: no duza dziewczynka :))))
tymczasem Oliwkowa dieta ulegla calkowitej przemianie – z pleka piersiowego na sztuczne plus kaszki, plus warzywka (marchewka pietruszka squash – tak, karofelek stanowcze nie!), plus jabluszko z owockow. kompocik jabluszkowy jak najbardziej:)
Oliwka opanowala umiejetnosc siedzenia z podparciem, lapania wszelaich rpzedmiotow do lapek, wkladania wszystkiego co w lapkach – do buzi, przewracania sie z pleckow na boczki (w interesie! bo tak bezinteresownie to po co? jak jakas ciekawa zabawka lezy z boku- wtedy tak, laskawie sie przewroci na boczek!)
z innych umiejetnosci – glosny smiech, gaworzenie praktycznie bez ustanku, i prychanie (takie prrrrrrrrr! dobrze ze nie w trakcie jedzenia – tfu tfu przez lewe ramie;o) )
aha!!!!

no wlasnie. jednego tygodnia juz juz sie wydaje ze wszystko wiadomo. pobudka o godz.5:30-6, butla (180ml), drzemanko lub/i zabawa, godz 9-10 – kaszka, butla (60-120ml), drzemanko lub/i zabawa, 12-13 – warzywka, butla (60-120ml), drzemanko lub/i zabawa; 15:30-17 – kaszka, butla (60-120ml), drzemanko- j.w.; 19-20:30 butla (180ml) spanie. czasem pobudka na wytkniecie smoka. zycie bylo takie przyjemne. a ostatnio???
pobudka bez zmian, butla 180ml – wypita lub nie, dalej roznie… czasem przerwy miedzy jedzeniem sie wydluzaja do 4-5 godzin, po czym albo sie zjada cokolwiek przed nos podejdzie, albo z laski sie wypija 60-100ml mleczka… ja wiem ze dziecko nie maszynka, i ze czasem moze chciec jesc a czasem nie… ale – no dobra mozna mnie nazwac spanikowana-mamuska-po-raz-pierwszy – skad mam wiedziec czy to jest normalne???? i jak mam nie panikowac??? skoro wszyscy mi mowia ze mam sie zdac na instynkt. cholerka a jak sie tego instynktu NIE POSIADA? lub jest on gdzies gleboko ukryty i sie nie ujawnia???

no dobra, wygadalam sie i mi ulzylo…
jutro Oliwka konczy pol roczku.. ach co to bylo za polrocze!!:))) (zamilkne na ten temat, wszystko mozna sobie doczytac w blogu jak nie jednym to drugim)

dzisiaj Oliwka slicznie sobie zjadla lyche marchewki zmieszanej z lycha pietruszki i lycha squasha. a co se bedize dziewczyna zalowac…
a kartofelki nadal som „be” …

no wiec wlasnie. inne takie zwlaszcza. a mianowicie innych takich to Oliwka nie lubi. za marchewka tez nie przepada. wczoraj wprawdzie z laski zjadla marchewke z pietruszka… najchetniej je dynie (squash)… ladnie mnie sie zaczyna…
zastanawiam sie jakiez to owocki podac po jabluszku (ktore to jabluszko – owszem owszem – Oliwka polubila)… trzeba bedzie poszukac po zrodlach roznorakich…

co do mnie – jakos sie trzymam… pociesza mnie mysl ze do Wielkiego Wyjazdu zostalo jeszcze ok.7 tygodni… wprawdzie bedzie mi tam ciezko z moja scisla dieta… wytrzymam. najwazniejsze ze ich wszystkich spotkam, uscisne… i ze sie nagadamy… nadrobimy stracony czas… bedziemy razem…


  • RSS